środa, 12 lutego 2020

Onmyōza - "Mugen-Hōyō", czyli gitarowe granie prosto z Japonii


Będąc ostatnio w pewnym antykwariacie, znalazłem wśród płyt ten oto album. Z jakiegoś powodu zwrócił on moją uwagę, mimo tego, że zazwyczaj podchodzę do takich rzeczy z pewną rezerwą. Lub, jeśli mam być już całkiem szczery, po prostu brakiem zainteresowania. A teraz, jak widzicie, zdecydowałem się nawet na kupno. Totalnie w ciemno. Co to właściwie jest? Jak się nazywa zespół, jak zatytułował swoje dzieło? Szczerze mówiąc, sam miałem pewien kłopot ze znalezieniem odpowiedzi na te pytania - w książeczce ani jednego angielskiego słówka, które mogłoby co nieco podpowiedzieć. Pomogło dopiero wyszukiwanie obrazem - zrobiłem zdjęcie płyty, wyszukałem je w Obiektywie Google i wszystkiego się dowiedziałem. No, prawie wszystkiego - nie wiedziałem natomiast, jakich dźwięków się spodziewać.

Ale po kolei: zespół nazywa się 陰陽座 (czyli Onmyōza, bądź też Onmyouza, lub Onmyo-za - zapisy nazwy są różne). Pochodzi oczywiście z Japonii, a dystrybucja ich albumów obejmuje tylko i wyłącznie Japonię (swoją drogą, bardzo chętnie poznałbym historię wyjaśniającą, w jaki sposób ta płyta trafiła do antykwariatu trzydzieści kilometrów od mojego domu). Tematem twórczości kapeli jest japońska kultura - i tu nie chodzi tylko o teksty, ale również o wizerunek sceniczny grupy. Sam album z kolei zatytułowano "Mugen-Hōyō". Muzycznie reprezentuje on klasyczny heavy metal, jednak z gatunku tych nieco ambitniejszych. Chwilami charakter melodii przywodzi na myśl power metal. Zanim przejdę do konkretów, to tutaj taka ciekawostka zaczerpnięta z Wikipedii: dawne słownictwo użyte w  tekstach podobno sprawiają problem ze zrozumieniem nawet i niektórym Japończykom. Tak więc analizę tekstów tym bardziej mogę sobie odpuścić z całkiem czystym sumieniem - to zostawiam pasjonatom.

Zanim pierwszy raz przesłuchałem materiał, zastanawiałem się, czy elementy kultury narodowej zostały ukazane także za pomocą samych instrumentów, ale pod tym względem akurat nie ma niespodzianek. Choć pewna, swego rodzaju aura jest wyraźnie wyczuwalna. Na krążku przeważają klasycznie brzmiące heavymetalowe kompozycje utrzymane w energicznym tempie, ale nie brakuje także lżejszych ballad z bogatym wykorzystaniem gitar akustycznych. Instrumentalnie jest świetnie - słychać, że grupy nie tworzą nowicjusze. Sporo tu ciekawych, wpadających w ucho zagrywek, oraz riffów czy też solówek, które sprawiają, że album wydaje się być nieco cięższym niż jest w rzeczywistości.

W składzie funkcjonuje damsko-męski duet wokalny: Kuroneko odpowiada w nim tylko za wokale, i to jej partie stanowią większość. Drugą połową duetu jest Matatabi, grający również na basie. Zwraca na siebie uwagę oryginalność obu głosów, szczególnie Kuroneko, oba są czyste i wyraziste. Jednak czasem zdarzy się, że ciężko wychwycić granice pomiędzy pełnym zaangażowaniem, a przesadnym oddaniem, przechodzącym już w swego rodzaju przerost formy nad treścią. No i te wrzaski i growle w "Kodō"... Owszem, lubię eksperymenty, nawet te bardzo ryzykowne, ale to już jednak zbyt dla mnie groteskowe. Zwyczajnie tu nie pasują. Przynajmniej nie uświadczymy ich już w dalszej części utworu. Wokalnie najbardziej odpowiada mi "Wanyūdō"...

...zresztą to chyba w ogóle najlepsza kompozycja na płycie. W niej także pojawiają się growle, jednak ich dawka jest dużo bardziej minimalistyczna, a ponadto nie zostały wypchane na pierwszy plan, więc aż tak nie rażą. Partie Kuroneko są bardzo dobre, a i Matatabi nie odstaje (gdy śpiewa czysto). A muzycznie? Jest to utwór dość rozbudowany, przez całe sześć minut jego trwania ciągle coś się dzieje. Mamy ciężki (jak na tę stylistykę, oczywiście) riff, mamy dość szybkie tempo, podkład pod zwrotki, lekki podkład pod refren... Ale bezdyskusyjnie najlepsze są gitarowe popisy solowe. Po prostu genialne. Warto posłuchać nawet i tylko ze względu na te niecałe czterdzieści sekund.

Ogólnie "Mugen Hōyō" wypada z mojej perspektywy całkiem dobrze, jednak może być problematyczny w odbiorze. Jak łatwo się można domyślić, chodzi głównie o specyficzny język. Doceniam jego oryginalność, ale w tym przypadku przechodzi ona w pewnym stopniu w obcość. Szczególnie, jeśli ktoś nie miał do czynienia z językiem japońskim. Albo nie interesował się tym, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni. A okazuje się, że czasem dobrze sprawdzić, co oferują Japończycy. Choćby na zasadzie porównania z tym, co jest nam dobrze znane, z czym mamy do czynienia regularnie. Wszystkie te cechy, nieważne czy pozytywne, czy negatywne, czynią "Mugen-Hōyō" niezłą ciekawostką. I na koniec pytanie: czy warto było go kupić? Tak, ale głównie jako właśnie taką ciekawostkę, do posłuchania raz na jakiś czas, gdy ma się nastrój. Bo dla nas, ludzi z zachodu, taka muzyka może wymagać przyzwyczajenia.

Na koniec podrzucam Wam utwór "Wanyūdō", na wypadek gdyby ktoś był wystarczająco zainteresowany:


piątek, 31 stycznia 2020

Nagrody. O co tyle hałasu?



Dzisiaj może krótko, w nawiązaniu do gali rozdania nagród Grammy, która odbyła się jakiś czas temu. Normalnie po prostu bym to zignorował, ale w międzyczasie dowiedziałem się o wielkim sukcesie Billie Eilish, jakiego doświadczyła podczas ceremonii. Trochę się nad tym zastanowiłem, i zdecydowałem się jednak coś napisać. I wbrew pozorom, nie mam zamiaru skupiać się na Billie.

Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, ale nasuwa mi się takie oto pytanie: po co aż tak żyć tymi nagrodami? Dlaczego mielibyśmy aż tak się nimi sugerować? W związku z wielką wygraną Billie w internecie rozpętała się burza. Jedni zachwyceni, że ich idolka została w takim stopniu doceniona, inni z kolei toczą pianę z ust, szydząc, że zgarnęła pięć nagród Grammy tylko za popularność. I tutaj dochodzimy do sedna: dlaczego ludzie tak się o to kłócą? Ja sam mógłbym się rozwodzić, za co ona zgarnęła tyle tych nagród. Na początku rzeczywiście się nad tym zastanawiałem, lecz po namyśle stwierdziłem, że to nic istotnego - jej wygrana nie wpłynęła znacząco ani na moje życie, ani tym bardziej na mój gust muzyczny. Dla muzyka (oraz większości jego fanów) owszem, może to być wielkie wyróżnienie, zaszczyt (choć oczywiście nie dla wszystkich - takie przypadki też się zdarzały), i to jest w porządku. Ale jeśli to, komu przyznano nagrody, wpływa na słuchaczy tak, że kończy się ona mnóstwem kłótni w internecie, to powinni oni przestać aż tak się tym przejmować.

Bardzo ogólnie mówiąc, prestiżowe nagrody dość często dzielą ludzi. Dlatego, że najczęstszą myślą w takim wypadku jest coś w stylu "Moim zdaniem powinien wygrać...", albo "Gdybym to ja był w jury, to nagrody trafiłyby do zupełnie innych artystów", czy też "Kto to w ogóle wybierał? Co za bezguście." - sęk w tym, że każdy ocenia wszystko ze swojej perspektywy, nieważne, jaki ma status, wiedzę, wykształcenie czy cokolwiek innego. Zapewne ludzie przyznający nagrody to osoby mające na dany temat znacznie większe pojęcie, niż zwykły śmiertelnik. Ale jakie to ma dla takiego śmiertelnika znaczenie? Raczej niewiele, delikatnie mówiąc. Może właśnie dlatego ludzie przygotowują sami, we własnym zakresie, własne coroczne podsumowania. Muzyczne, filmowe, książkowe... Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wówczas są chyba dużo większe szanse na kulturalną dyskusję trzymającą przyzwoity poziom.

Przygotowywanie własnych rankingów ma jeszcze jeden plus. Pomyślmy: ile obecnie funkcjonuje młodych, wartościowych zespołów, które mają utrudnioną drogę do szerszego grona odbiorców? Mnóstwo. Naprawdę, bardzo, bardzo dużo. Większość ludzi nawet nie wie o istnieniu danego zespołu, a dla kogoś innego ten sam zespół wydał album roku. Co decyduje o jego świetności? Ciężko na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Tak samo, jak na pytanie, co by się stało, gdyby ta kapela odniosła krajowy, czy nawet międzynarodowy sukces. A myślę, że dla pomniejszych artystów wieść, że ktoś tytułował ich wydany bez większego echa debiut albumem roku, to jednak dobra wieść. Bo ktoś tego jednak słucha. Nawet, jeśli tym kimś jest przeciętny Kowalski.

Zacząłem od tematu Grammy, ale tak naprawdę mój wpis tyczy się większych nagród w ogólnym tego słowa znaczeniu. Między innymi dlatego, że kwestia, czy Grammy się sprzedały, popsuły, a pod uwagę brane są tylko produkty dla mas, to temat na inną dyskusję - która i tak nie ma dla mnie znaczenia (chociaż odnoszę wrażenie, że pomniejsze wyróżnienia, przyznawane choćby przez lokalne, małe stacje radiowe, są paradoksalnie bardziej wiarygodne). Dzisiejszy tekst to również odpowiedź na pytanie, dlaczego nie sugeruję się tym, że ktoś dostał jakąś tam nagrodę w jakiejś tam kategorii. Dla mnie to po prostu wyraz uznania dla artysty, i właściwie to tyle. Nie jest to coś, czym powinienem się kierować np. przy szukaniu nowych wykonawców. Kiedyś mogło mi imponować, że taki Korn zdobył m.in. dwie statuetki Grammy. Ale czy to wpływa na to, że uwielbiam go mniej, lub bardziej? W żadnym wypadku. Tak naprawdę każdy artysta ma swoje własne, indywidualne jury. A w skład tego jury wchodzą jego fani. Ogółem przekaz być może banalny, ale chyba jednak sensowny.

sobota, 28 grudnia 2019

Moje ulubione albumy roku 2019


No, to chyba nadszedł czas by zrobić konkretne podsumowanie muzyczne tego roku. Ale nie napiszę o rozczarowaniach, bo najzwyczajniej w świecie ich nie było. Tak samo nie napiszę o reaktywacjach, czy zawieszeniach działalności. Skupię się w całości na moich ulubionych tegorocznych albumach. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się że ten rok będzie dla mojego gustu muzycznego aż tak udany. Wpierw wielu moich ulubionych wykonawców ogłosiło pojawienie się w roku 2019 nowego dzieła, a później doszły nowe odkrycia, w większości pozytywne.

Wpierw najistotniejsze: lista jest w 100% subiektywna. Pewnie bardzo mocno różni się od Waszych (o ile takowe macie), i bardzo dobrze; właśnie dzięki różnym gustom oraz opiniom dyskusje o muzyce są tak interesujące. W moim zestawieniu przeważa tzw. gatunek "female fronted" i nie ponoszę za to żadnej odpowiedzialności, bez względu na to czy takie coś w ogóle istnieje czy nie. Chciałbym jeszcze podkreślić, że kolejność na liście jest przypadkowa, bo układanie albumów według konkretnych pozycji to by w ogóle była katorga, a do Sylwestra na pewno bym się nie wyrobił. Formalności już chyba koniec, czas na część właściwą. No więc tak...

1. Lacuna Coil - "Black Anima". Album praktycznie perfekcyjny, od zespołu zajmującego miejsce w ścisłej czołówce moich ukochanych wykonawców. Zespół przeszedł jakiś czas temu ewolucję brzmieniową, która chyba nie mogła się lepiej zakończyć. Krążek różnorodny, pełen zapadających w pamięć riffów, z wyjątkowym duetem wokalnym Andrea Ferro/Cristina Scabbia. Podczas gdy Andrea wyśmienicie opanował growl i tutaj w pełni to ukazuje, Cristina wnosi do albumu nieco delikatniejsze, lecz nie mniej energiczne tony. No i pytanie: u ulubieńców przymyka się oko na drobne potknięcia, czy od ulubieńców wymaga się więcej? Nie mam pojęcia, ale w przypadku tego albumu nie ma to znaczenia.



2. Infected Rain - "Endorphin". Aktualnie dyskografia tej brzmieniowej petardy z Mołdawii obejmuje cztery albumy studyjne. Nie jest to wiele, ale w tym przypadku ten czwarty to ten najlepszy. Zespół sprawnie wykorzystuje to, co popularne we współczesnym metalu, ale robi to po swojemu. "Endorphin" aż kipi energią i żywiołowością, zachęca do interakcji. Ale chyba i tak najmocniejszym jego punktem jest wokal Leny Scissorhands... Grupa dalej chętnie eksperymentuje z elektroniką (świetny "Storm", który utwierdza mnie w przekonaniu że wspomniane eksperymenty udały się dużo lepiej niż na poprzedniej płycie).



3. Cellar Darling - "The Spell". Pierwszy tegoroczny album, który zachwycił mnie do końca. Połączenie folk rocka i rocka progresywnego, i to jeszcze w takim wydaniu, to rewelacja. Debiut szwajcarskiego tria jest po prostu dobry; można kupić, raz na jakiś czas posłuchać. Jego następca przebił go pod każdym względem i to on w pełni definiuje styl oraz możliwości grupy. Każda z trzynastu kompozycji jest inna, każda ma swoje smaczki, które nie zawsze ukażą się przy pierwszym odsłuchu. "The Spell" jest albumem koncepcyjnym, więc osoby lubiące zagłębiać się w liryki mają dodatkową atrakcję.



4. Asagraum - "Dawn of Infinite Fire". Nie oszukujmy się, black metal mnie nie pociąga. Nigdy nie widziałem w tym gatunku nic wybitnie pociągającego (choć jego historia jest całkiem ciekawa), ale Asagraum to zupełnie inna bajka. I gdyby ten album nie miał takich wokali, to nie znalazłby się w tym zestawieniu. Ba, nie wiem nawet czy by się do niego zbliżył. Ot, po prostu szybki, owiany norweskim chłodem czarny metal (swoją drogą, zawsze mnie to w tym gatunku bawiło: z jednej strony zewsząd diabły i ognie piekielne, z drugiej im bardziej bije skandynawskim zimnem, tym lepiej. O, ironio...). OK, a jakie te wokale są? Hmmm... Growle, skrzeki, wrzaski, wszystko w jednym, wszystko pełne przeszywającego gniewu, a efekt jest potęgowany przez wysunięcie ich w miksie na pierwszy plan. I tak, to też kobieta... Oj, pojechałbym na koncert.



5. Jinjer - "Macro". To był dobry rok dla naszych sąsiadów z Ukrainy. Wpierw wydali EPkę "Micro", która też by tu trafiła gdybym uwzględniał EPki, a później dołożyli jeszcze tym długograjem. Jest to jednak długograj inny od pozostałych wydawnictw grupy. Już nie taki djentowy, za to bardziej progresywny, bardziej z groove'em. Wpierw nie byłem aż tak przekonany do tej zmiany, ale po prostu potrzebowałem czasu by się przekonać. Co konkretnie przyczyniło się do tego, że "Macro" trafiło na tę listę? "Judgement (& Punishment)", w którym zespół sięga po reggae... Z niesamowitym efektem (więcej takich akcentów na przyszłość!), oraz mroczny "lainnereP" z ambientowym zacięciem. Pierwsza taka kompozycja w dorobku grupy i mój faworyt z albumu, ze względu na radykalną "inność".



6. Within Temptation - "Resist". Będę szczery: nie czekałem jakoś specjalnie na nowe dzieło Holendrów. Singli nie sprawdzałem, stwierdziłem że poczekam aż wyjdzie całość. No i zrobiła ona na mnie wrażenie... Cała ta otoczka sci-fi ze zdjęć promocyjnych grupy wydawała mi się pomysłem co najmniej dziwnym, zwłaszcza że pamiętam gdy WT szło jeszcze w motywy fantasy, i z tym go chyba kojarzę najbardziej. Okazało się że futurystyczne fotki idą w parze z futurystycznym brzmieniem. Sporo tu elektroniki, sporo lekkich, radiowych melodii łączących się z dość ciężkim (jak na WT, oczywiście) brzmieniem. No i to wszystko wyszło zespołowi na dobre.



7. Ascend The Hollow - "Echoes of Existence". Wcześniej myślałem że najlepszym zespołem grającym futurystyczny, cybernetyczny metal jest Mechina, ale chyba jednak się myliłem. Myliłem się, bo nie znałem Ascend The Hollow. Na debiucie zespołu futuryzm łączy się z progresywnością, kompozycje są rozbudowane, wypełnione elektroniką oraz djentowym brzmieniem gitar. Od początku wiedziałem że może mi się to spodobać. Miałem tylko mieszane odczucia co do brzmienia perkusji. Byłem święcie przekonany że to automat, na słuchawkach brzmiało to sztucznie, syntetycznie, bez życia. Ostatecznie okazało się że na płycie zagrał jednak bębniarz, co wprawiło mnie w jeszcze większą konsternację. Ciekawe, że po zakupie fizycznej kopii i przesłuchaniu jej wrażenie sztuczności prawie że minęło. Cóż, kwestia jakości sprzętu. Wracając do pozytywów: bardzo spodobał mi się ukłon w stronę polskich fanów, czyli "Into the Black Eye" - sprawiający wrażenie przerywnika utwór zaśpiewany w naszym ojczystym języku. Skoro wokalistka tej skądinąd zagranicznej grupy jest Polką, to czemu by tego nie wykorzystać?



8. Korn - "The Nothing". Ten album to stary, dobry Korn, i właściwie na tym mógłbym zakończyć. W przypadku Kukurydzy funkcjonuje dziwna prawidłowość polegająca na tym, że im więcej dramatycznych dla zespołu wydarzeń nastąpiło, tym lepszy album on nagrywał. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi, ma to swoje pokrycie w rzeczywistości. Polecam poczytać o tym, z czym musiał się w tym roku zmierzyć lider grupy, Jonathan Davis. Z albumu bije rozpacz, bije smutek, bije gniew, wszelkie negatywne emocje zostały przełożone na intensywne, mocne brzmienie. A Davisowi wiek chyba służy, bo na każdym kolejnym albumie partie wokalne są coraz lepsze. I jakby ktoś pytał: dudy są. Klang basu, tak charakterystyczny dla tego zespołu, jest również. Pewnie wielu się ze mną nie zgodzi, ale napiszę tak: Korn nigdy nie wrócił. Korn jest od zawsze.


9. Venom Prison - "Samsara". To jedno z bardziej ekstremalnych wydawnictw, z którymi miałem przyjemność się ostatnio zapoznać. Taki trochę death metal, taki trochę deathcore... zero kompromisów, zero dyskrecji. I znów jakieś wydawnictwo trafia na listę ze względu na wokale - zazwyczaj odnosiłem wrażenie jakby deathcore'owi wokaliści usiłowali zwrócić w stronę mikrofonu własne płuca, a tu jest inaczej. Z jakiegoś powodu słyszę w tych nieludzkich wrzaskach Larissy Stupar coś, czego na pewno być tam nie powinno - naturalność...? Zupełnie jakby nie musiała wkładać w to wszystko wyczerpującego wysiłku. A efekt jest porażający. Płyty najlepiej się słucha w całości, od początku do końca, bez żadnych przerw, by dawka sonicznego ciężaru nie została niczym zakłócona. Prędko nie znajdę drugiego takiego albumu, który tak mi się spodoba.



10. Employed To Serve - "Eternal Forward Motion". Skoro spodobała mi się grupa Code Orange, to ten zespół też musiał. W gruncie rzeczy oba są podobne, różnica jest tylko taka że Employed To Serve jest jak dla mnie lepsze. A "Eternal Forward Motion" tylko to potwierdza. Tutaj również mamy do czynienia z ekstremą, której filarem jest oldschoolowy hardcore. Wściekłe ryki, za które odpowiada duet wokalny (jak facet się wydziera, to kobieta już nie może? Pewno, że może), miażdżące brzmienie, zarówno w przypadku szybszych momentów jak i walcowatych, mocarnych zwolnień, mnóstwo szaleństwa, o subtelności można zapomnieć, tak jak w przypadku poprzedniego tytułu z listy.



11. Marisa And The Moths - niezatytułowany album. To jedno z moich najlepszych tegorocznych odkryć, chociaż sam zespół nie wnosi do świata muzycznego absolutnie nic odkrywczego. Wszystko to już było: rock alternatywny czerpiący co nieco z grunge'u jest nam doskonale znany. Ale chyba nie trzeba niczego odkrywać, jeśli to co się robi, robi się dobrze. A efekt końcowy nie zawsze musi się czymś wyróżniać, by zwyczajnie wpadał w ucho. Mnie te wypełnione niemalże radiowymi melodiami nawiązania do lat 90. spodobały się bardzo, nawet pomimo dziwnego wrażenia, że gdzieś to już kiedyś słyszałem.



12. GOLD - "Why Aren't You Laughing?". Na samym początku nie byłem do niego całkiem przekonany, za to regularnie wracałem do jednego utworu, genialnego "Wide-Eyed". Z czasem przekonałem się i do reszty. Wyrazistość dźwięków nie ogranicza się do tej jednej kompozycji. Płytę wypełnia melancholia, brzmienia są trochę artrockowe, trochę nowofalowe, nie ma tu brudu ani zbytniego ciężaru. Jest za to nieco mroku. Dobrze czasem posłuchać czegoś dojrzalszego w swej postaci i przekazie.



To wszystko. Mam nadzieję, że wpis mimo wszystko nie wyszedł za długi (bo bardzo długi jest na pewno), ale chciałem zawrzeć tutaj chociaż podstawowe informacje o tych wydawnictwach, po krótce wyjaśnić dlaczego tu trafiły. Przyznam szczerze, że przygotowanie tego zestawienia było bardzo trudne, ale zależało mi na nim. A może ktoś z Was chciałby podzielić się swoimi ulubionymi tegorocznymi albumami w komentarzu?

niedziela, 22 grudnia 2019

To chyba początek koncertomanii


Koniec roku (a nawet i dekady) zbliża się nieubłaganie. Za oknem ciemno od godziny szesnastej, zimno, mało świątecznie. I nie chodzi o to, że nie ma śniegu - jakoś tak... Atmosfery brakuje. Tylko z radia dobiegają nas puszczane już od dłuższego czasu kolędy. Ja wolę sobie sam decydować, czego świątecznego posłucham, a o tym wspomniałem w zapowiedzi tego wpisu. W sumie ciekawe, że ta zapowiedź nie miała zbyt wiele wspólnego z faktycznym tematem, no ale nieważne; tak jakoś wyszło.

Już przejdę do konkretów: charakter tematu jest troszkę uniwersalny. Można potraktować to po prostu jako taki wpis uzupełniający (żeby nie było że słowem się nie odezwałem o ostatnich muzycznych doświadczeniach), albo jako pierwsza część muzycznego podsumowania roku. Skoro mówi się o ulubionych albumach roku, to może o koncertach też coś wspomnieć...?

Wpierw perspektywa ogólna: w tym roku (nie licząc festiwalu Pol'and'Rock) byłem na siedmiu koncertach. Dla weteranów nie jest to ilość warta jakiejkolwiek uwagi, ale dla mnie to już coś. Od czegoś zacząć trzeba. Dawniej uważałem wypady na koncerty za nierealne, z różnych względów. A skoro zrozumiałem że jest inaczej, to halo, jakiś krok naprzód nastąpił. Właściwie to ten wpis zawiera przekaz - jeździjcie na koncerty (oczywiście kieruję te słowa do tych, którzy okazji nie mieli - reszta ma zapewne odpowiednio ukształtowany światopogląd).

Koncerty to nie tylko muzyka. To wydarzenie. Impreza. Widowisko. Nowe znajomości. No i kolejne potwierdzenie tego, że jak coś poznasz to zaczynasz to zupełnie inaczej postrzegać. Ja na przykład od zawsze byłem święcie przekonany że występujący zespół jest niedostępny dla nas, zwykłych ludzi. Że trzeba się postarać lub mieć farta, by do niego dotrzeć. A tu proszę: może zechcesz obejrzeć koncert supportu wspólnie z gitarzystą głównego zespołu? Albo po prostu pogadać jak człowiek z człowiekiem? Żaden problem. Muzycy to też ludzie. Szkoda tylko, że nie wszyscy szanują fana tak jak człowiek powinien szanować człowieka. Na szczęście (odpukać) nigdy nie miałem nieprzyjemnych sytuacji związanych z występującymi zespołami.

Niedawno zacząłem dostrzegać coś jeszcze: mianowicie przestałem traktować koncerty jako coś specjalnego, coś stresującego ze względu na wielkość wydarzenia. Bardziej zaczynam je postrzegać jako coś, co na stałe wchodzi do mojego życia i zostanie jego nieodłącznym elementem. Tak jak, nie wiem, pójście do sklepu po kosmetyki. I mam nadzieję, że tak pozostanie. Ci, którzy są stałymi bywalcami klubów, powinni zrozumieć co mam na myśli.

Teraz czas na perspektywę końcoworoczną: skoro ilość koncertów na które się wybrałem jest raczej znikoma, to czy jest sens w wytypowaniu tych najlepszych? Myślę że tak. Zacznijmy od tego, że miałem okazję podziwiać występy dwóch zespołów które obecnie cenię sobie najbardziej, i żaden z nich nie był najlepszy (kto wie, może gdyby Lacuna Coil miała dłuższy set, to wyglądałoby to inaczej?). W przypadku występu Riverside w Koszalinie zachwyciła mnie naturalność i swoboda w działaniach muzyków. Nic na siłę, ważne by każdy dobrze się bawił. Lider grupy, Mariusz Duda, popisał się na scenie poczuciem humoru i dystansem: od teraz Riverside zawsze będzie mi się kojarzyć jako zespół znienawidzony przez barmanów, bo ludzie zamiast pić piwo przy stole bawią się pod sceną. No i jako "ten dziwny zespół, który na płytach smęci a na koncertach daje ognia". A LC? Zarówno w Berlinie jak i w Warszawie świetnie wypadli wokalnie, muzycznie też dali czadu, problemem było tylko to, że na zaprezentowanie swoich możliwości mieli tylko pięćdziesiąt pięć minut. I to był jedyny, ale za to bardzo duży minus obu występów. Inna sprawa, że nie od zespołu to zależało; w końcu nie byli headlinerem tylko gościem specjalnym. Cóż, dobre i tyle. Ostatecznie najlepszym tegorocznym koncertem, i w ogóle najlepszym koncertem na jakim kiedykolwiek byłem, było warszawskie show Halestorm. Dlaczego? Odpowiedź tutaj:
https://barlineckimeloman.blogspot.com/2019/07/halestorm-warszawa-klub-progresja.html?m=1

Rozczarowań nie było. Na taką ilość to chyba i tak nie jest osiągnięcie. Widziałem, co widziałem i po prostu wybornie się bawiłem. Zarówno w klubach, jak i na ogromnym polu pod Kostrzynem nad Odrą. W postanowienia noworoczne się nie bawię, ale teraz chyba jednak będę mieć jedno: super by było zaliczyć większą ilość koncertów. I Wy też, jeśli nie jeździliście, to zacznijcie jeździć. Jak macie okazje, to ich nie marnujcie. I to chyba tyle; z ulubionymi albumami roku chyba nie wyrobię się przed Świętami (o recenzjach też wypada pamiętać), więc życzę Wam spokojnych i radosnych Świąt.

niedziela, 29 września 2019

Wielkie powroty. A może nie aż takie wielkie...?


Dokładnie trzynaście lat zespół Tool kazał czekać swoim fanom na ukazanie się nowego albumu, "Fear Inoculum". Tytuł ujrzał światło dzienne 30 sierpnia 2019 roku i z miejsca stał się muzycznym wydarzeniem. Nawet samo wydanie albumu charakteryzuje się wielkim rozmachem. Szkoda tylko, że w tym przypadku nie jest to pozytywna cecha, ale o tym wspomnę później.

Jednocześnie nie mam zamiaru ograniczać się tylko do kwestii Toola - tym razem chciałem poruszyć temat powrotów po latach. A konkretnie powrotów do nagrywania. Poziom oczekiwań zawsze jest ogromny, czasem i nieco wygórowany. I zapewne wprost proporcjonalny do poziomu wywieranej presji. W końcu jak to jest z tymi dłuższymi odstępami? Czy są one spowodowane tylko brakiem weny twórczej? No i jaki problem tkwi w muzyce, na którą trzeba było czekać kilka, kilkanaście lat? Pozwoliłem sobie omówić ten temat po swojemu, na przykładzie kilku albumów.

Zaczynajmy. Fani Guns N' Roses na pewno nie tak wyobrażali sobie wydany w roku 2008 album "Chinese Democracy", pierwszy premierowy, autorski materiał od siedemnastu lat. Miałem pewne opory, ostatecznie jednak zdecydowałem się z nim zmierzyć. I wiecie co? To tak naprawdę nie jest aż taki zły album. Kupić bym nie kupił, ale słyszałem już w życiu znacznie gorsze rzeczy. W czym tkwi problem? Jest to wyraźnie inny materiał. Inny od tego, do czego Gunsi nas przyzwyczaili. Ale co w tym dziwnego? Wystarczy popatrzeć na skład biorący udział w sesjach nagraniowych. Koniec końców album został chłodno przyjęty zarówno przez fanów, jak i krytyków. A jak zostałby przyjęty, gdyby Axl wydał go jako swój album solowy? Myślę, że dużo lepiej. Tragicznym bym go nie nazwał, jednocześnie nie jestem pewien tego, czy rzeczywiście zasługuje na nazwę Guns N' Roses.

Zapowiedziana na 2016 rok premiera nowego albumu Metalliki była wielkim wydarzeniem. Wydany osiem lat wcześniej "Death Magnetic" nie obył się bez wad. Nagrana wspólnie z Lou Reedem "Lulu" z 2011 roku dla wielu oznaczała już rychłą śmierć zespołu. Obecnie nie jest nawet uważana za ich oficjalny album studyjny. Gdy pojawiły się pogłoski o nowym materiale, w głowach fanów narodziła się ciekawość połączona ze strachem. I jak wyszedł "Hardwired..."? No wyszedł... Ale daleko mu do albumu wybitnego. Muzycy trzymają się obranej na "Death Magnetic" ścieżki, co oznacza, że na albumie jest obecny metal. Ale czy tyle wystarczy do stworzenia dobrego albumu? Na to pytanie każdy musi sobie sam odpowiedzieć. Obecnie Metallica widocznie stała się zespołem, na którego nowe płyty (lub nową płytę) niby się czeka, ale jednak nie za bardzo... Ja "Hardwired..." w sumie lubię, nawet posiadam (wersja 3CD ze świetnym materiałem live i paroma coverami - to niestety jedyny posiadany przeze mnie album, będący bohaterem dzisiejszego tekstu, stąd dość ubogie zdjęcie), ale złapałem się na tym, że wracam do niego coraz rzadziej.

Inaczej z kolei wygląda sytuacja Celtic Frost i jego monumentalnego "Monotheist". Krążek miażdżący wręcz swoim ciężarem, wyjątkowo posępny, diametralnie różniący się od poprzednich dokonań CF. Takim sposobem zespół pożegnał się z fanami szesnaście lat po ukazaniu się ostatniego albumu i oficjalnie przestał istnieć. Co ciekawe, "Monotheist" zbierało opinie głównie pozytywne. Wielu uważa nawet, że lepiej się zespół pożegnać nie mógł. Jak odejść, to z klasą, co? W tym przypadku mamy do czynienia jednocześnie z odejściem i powrotem. Czyli powrotem tylko na chwilę. W przeciwieństwie do pozostałych bohaterów tego tekstu, ten rozdział jest już ostatecznie zakończony.

Idźmy dalej. Tool był doskonale świadom tego, że premiera "Fear Inoculum" będzie wydarzeniem wielkim i z premedytacją to wykorzystał. Po wielu plotkach, potwierdzeniom oraz zaprzeczeniom, legendach, mityczny nowy album Toola ujrzał światło dzienne. Sprawa jest prosta: albo płacisz 350 złotych za superwypasioną (o zgrozo, jedyną dostępną) wersję albumu z multimedialnym ekranikiem i dwuwatowym głośniczkiem, albo ograniczasz się do serwisów streamingowych. Uczciwie muszę przyznać, że pod względem muzycznym zaskoczyło mnie to wydawnictwo pozytywnie. Zaznaczam tylko, że bez wątpienia odebrałem je inaczej, ponieważ fanem Toola nigdy nie byłem. A tu się okazuje, że osiemdziesiąt sześć minut wcale nie musi się aż tak wlec... Już bardziej dłużył mi się "Old Star" Darkthrone, któremu nawet do czterdziestu minut trochę brakuje. Wracając: czy kupiłbym "Fear Inoculum"? Tak. Ale tylko samą płytę, bez żadnych dodatków podbijających cenę do absurdalnej sumy. A skoro takowe wydanie nie istnieje, musi mi wystarczyć Spotify.

Skoro już omawiamy powroty, nie sposób nie wspomnieć na koniec o tegorocznym albumie Rammsteina, pierwszym premierowym od dziesięciu lat. Rammstein ma w niektórych kręgach opinię zespołu, który nigdy słabej płyty nie wydał. Nowy krążek zapewne tej opinii nie zmieni - to rzeczywiście dobry album. Tylko tyle i aż tyle. Całość prezentowana jest w charakterystycznym, rammsteinowym stylu, za który ten zespół pokochaliśmy. A ciekawe, jak bym tę niezatytułowaną płytę odebrał, gdybym był die-hard fanem R+? Czy rozczarowałbym się zawartością krążka, po przeczekaniu dekady? A może przeciwnie, będąc doprowadzonym do granic cierpliwości zachwyciłbym się nim bez reszty?

Takich przykładów było więcej. Mniej lub bardziej udanych. Zawsze niosą ze sobą ryzyko, zespół mierzy się z presją, a fani z wątpliwościami. Ostatecznie rzadko kiedy wielki powrót okazuje się być klęską totalną, jednak jak widać w przypadku Nirvany...



...powroty po latach nie zawsze się sprawdzają. :P

Drugie zdjęcie pochodzi z oficjalnego profilu Adama Darskiego na Instagramie (@nergal69).

niedziela, 21 lipca 2019

Halestorm - Warszawa, klub Progresja / 24.06.2019


Dwudziesty czwarty czerwiec, rok 2019. Do Polski ma przyjechać na koncert hardrockowa petarda z Pensylwanii, dowodzona przez charyzmatyczne rodzeństwo Hale: perkusistę Arejay'a i frontwoman grupy, stojącą również za mikrofonem gitarzystkę Elizabeth, bardziej znaną jako "Lzzy". Poprzednio zespół Halestorm grał w naszym kraju w roku 2015, tak więc po tak długim czasie oczekiwania były ogromne. Czy koncert się udał? A jeśli tak, to jak bardzo? Na te pytania odpowiem z ogromną, nieskrywaną przyjemnością.

Powiem wprost: był to najlepszy koncert, na jakim kiedykolwiek byłem. To nie było tak, że zespół po prostu sobie przyjechał, zagrał i pojechał. To nie było tak, że wyszli na scenę, zagrali co mieli zagrać i zeszli ze sceny. Był to występ, na którym działa się nie tylko muzyka, ale po kolei.

Otwarcie bram w miejscu wydarzenia, klubie Progresja, miało nastąpić o 19:00, choć z opowieści wiem, że ludzie zaczęli się zbierać pod budynkiem już o 9:00. W końcu zajęcie najlepszych miejsc pod samą sceną - rzecz priorytetowa. Pod klub dotarliśmy z przyjaciółką dużo później, po południu, jednak ludzi jeszcze aż tak wielu nie było. Dopiero później kolejka urosła do olbrzymich rozmiarów. Pierwsi w kolejce mogli tylko patrzeć i cieszyć się, że przybyli tak wcześnie. Reszta... Cóż, ich strata. 😛

Zespół supportujący planowo miał rozpocząć o 20:00 - czy tak było, nie wiem, kompletnie straciłem rachubę czasu, a zegarek w telefonie był zapewne ostatnią rzrczą, na którą zwróciłbym uwagę. Panowie z The Walkers mieli przed sobą bardzo odpowiedzialne zadanie rozgrzania publiki przed gwiazdą główną, jednak (przynajmniej z mojej perspektywy) poradzili sobie z nim bezproblemowo. Można było odnieść wrażenie, że w ogóle nie odczuwali presji i wykorzystali fakt bycia częścią tego wydarzenia jak nalepiej. Muzycznie również nie odstawali: swoimi energicznymi, klasycznie rockowymi kompozycjami wystarczająco rozruszali publiczność. Ciekawym akcentem była harmonijka ustna, na której grał wokalista kapeli - świetnie pasujące do całokształtu urozmaicenie. Ich występ wydał mi się jednak nieco przykrótki. Żeby było śmiesznie, nie wiem nawet czy mieli opóźnienie. Może Halestorm miało zacząć wcześniej? Teraz to już bez znaczenia.

Sprzęt i dekoracje zostały zmienione...


...i po pewnym czasie na scenę wyszli tak wyczekiwani przez wszystkich muzycy Halestorm. Dalej doskonale pamiętam i pamiętać będę tę euforię, jaką można było usłyszeć po tym, jak rozpoczął się główny punkt programu. W końcu był to koncert dla fanów. Dla ludzi, którzy zdecydowali się zjechać z różnych zakątków Polski do Warszawy, by móc ujrzeć swój ukochany zespół, któremu nie było dane gościć u nas zbyt często. Ciekawe, czy ktoś wyszedł z klubu niezadowolony...? Wątpię, by ktoś taki był.

Setlista właściwie nie przyniosła zaskoczeń, ale to nie o to tu chodziło. Nie mogło na niej zabraknąć klasyków, takich jak "I Miss the Misery", "Freak Like Me", "Amen" czy "I Get Off". Sporo było utworów z zeszłorocznego albumu "Vicious", co też nie było zaskoczeniem. Ja nie mam zastrzeżeń do doboru utworów, również dlatego że Halestorm należy do niewielkiej grupy zespołów, których największe hity należą jednocześnie do najbardziej lubianych przeze mnie kompozycji. Wyszło z tego takie "The Best of", ale tutaj "The Best" rzeczywiście jest "The Best".

Jak wspomniałem na początku, siłą tego wydarzenia była nie tylko muzyka. W czasie występu muzycy zmieścili konkretne solówki, transmisję na żywo nadawaną na Instagramie, całkowicie indywidualne popisy Arejay'a, symboliczny toast z (prawdopodobnie) największą fanką Halestorm w historii, a nawet zdążyli "zmylić" publikę akustycznym wykonaniem "The Silence" na wokal i jedną gitarę, które mogło zapowiadać koniec występu. Jednak po zakończeniu tej piosenki zespół z powrotem zebrał się na scenie i zagrał jeszcze trzy utwory. A na czym polegał toast? Na scenę została zaproszona dziewczyna o imieniu Giana, dla której warszawski występ grupy był piędziesiątym (sic!) koncertem Halestorm, na którym była. Zapewne do naszej stolicy przybyła razem z muzykami. Pięćdziesiąt koncertów... Nawet sobie tego wyobrazić nie mogę. Zazdroszczę możliwości.

Oczywiście całe show zachwyciło mnie od początku do końca, jednak koniecznie muszę wyróżnić to, co robił bębniarz. Nie tylko w trakcie występu, bo po zakończeniu koncertu również pokazał się z jak najlepszej strony. Wiem jedno: Arejay ma talent. Urodził się po to, by grać na perkusji. Zresztą, sama gra mu nie wystarcza, pałeczki muszą nad nim latać. Co z tego, że nie złapał raz czy dwa? To nieistotne. Istotne jest to, jak niesamowicie charyzmatyczny z niego człowiek. W pewnym momencie występu cała pozostała trójka muzyków zeszła ze sceny i zostawiła Hale'a samego, by on mógł dać swoje kilkuminutowe solo i zaprezentować swój popisowy numer, czyli grę na wielkich pałeczkach (czy może raczej pałkach), na oko trzy razy większych od tych standardowych. A pójście po telefon w celu nadania na Instagramie transmisji na żywo, by inni mogli zobaczyć, co się dzieje na scenie? Żaden problem, Arejay ma nawet stojak na telefon na swoim stanowisku.

Po tej uczcie dla oczu i uszu pojawiły się pewne obawy: "Kto z zespołu wyjdzie do fanów?" - ku radości fanów wyszli wszyscy. Jednak zanim do tego doszło, ochroniarze powiedzieli że nie wolno robić sobie żadnych zdjęć ani selfie. Pojawiła się też kwestia pośpiechu. Tylko komu rzeczywiście się spieszyło? Bo na pewno nie zespołowi, który poświęcił zgromadzonym sporo czasu. A Arejay to już kompletnie nie przejął się słowami ochrony i prawie każdemu proponował fotkę. Perkusista jest też jedynym, który podpisał wszystkie moje rzeczy: cztery płyty, dwa zdjęcia i bilet. Mało brakowało, a miałbym jeszcze autografy Lzzy na wszystkich fantach, ale ochrona jasno dała mi znak, że mam za dużo rzeczy. Cóż...


Nie ma co się przejmować, że nie wszędzie jest komplet podpisów. I tak nie spodziewałem się, że przywiozę ich do domu aż tyle. Wspaniała pamiątka po wspaniałym występie. Szczerze mówiąc, nie martwiłem się o to, że zespół nie będzie wyrabiać na żywo. Lzzy rzeczywiście ma słyszalny na płytach kawał głosu, muzycznie wszystko było zapięte na ostatni guzik, a cały skład kapitalnie ze sobą współgra. Po tym wszystkim aż ciśnie się na usta pytanie: "Kiedy kolejny koncert w Polsce?" - oby nie kazali nam czekać przez kolejne cztery lata. Oczywiście nie od nich to zależy, ale im szybiej, tym lepiej. 😀

piątek, 12 kwietnia 2019

Mystery Box od Via Nocturna, czyli nowe płyty w kolekcji


Dziś otrzymałem taką oto paczuszkę. Była ona dość spora, a w środku tylko muzyka... Był pomysł, by zrobić jakiś unboxing, ale zdecydowałem, że przedstawię całość w nieco inny sposób. Tak wyszło, że do opowiadania jest jeszcze więcej niż do pokazywania. Ale od początku.


Tak prezentuje się całość po rozpakowaniu.
Zawartość tego kartonu to Mystery Box od wytwórni Via Nocturna -  moja wygrana w konkursie (jeszcze nigdy dotąd nie miałem takiego farta 😅). Słowo "mystery" wskazuje na jakąś tajemnicę, zagadkę - tajemnicą jest zawartość paczki, do momentu, aż jej nie rozpakujemy, ponieważ wszystkie płyty są dobrane losowo. Planowo opakowanie miało zawierać 25 płyt, ale z jakiegoś powodu jest ich 27. Trafił się nawet jeden duplikat. Nie, żebym narzekał... 😄

Nie znam żadnego z tych albumów. Mało tego, gdzieś tam słyszałem tylko o jednym wykonawcy z tych wszystkich dwudziestu sześciu, więc w moim przypadku niespodzianka była (i jest) jeszcze większa. Naturalnym wydawało mi się wrzucenie w wyszukiwarkę nazw tych zespołów (a przynajmniej haseł do nich podobnych, bo nie wszystko jest czytelne), więc tak uczyniłem i dowiedziałem się, że zdecydowana większość tych nagrań oscyluje wokół trzech odmian: death, black i thrash. No to czuję, że będzie grubo... Chyba będę musiał słuchać, jak tata na drugą zmianę do pracy będzie chodzić, bo inaczej to to nie przejdzie.

Przyszedł czas na rozpakowywanie...


...i okazało się, że nie wszystkie pudełka wyszły z transportu bez szwanku. Właściwie to sporo opakowań jest mniej lub bardziej pękniętych. Nie większość, ale zdecydowanie więcej, niż być powinno. Szczerze mówiąc, zdziwiłbym się, gdyby wszystkie albumy dotarły do mnie w stanie idealnym, no ale to już raczej przesada. Niektórych nawet otworzyć się normalnie nie da, bo jewelcase'y mają to do siebie, że czasem łamie się jeden zawias i otrzymujemy dzielone, dwuczęściowe pudełko... No i przy zdejmowaniu folii zdarzyło się, że taki zawias już z tej folii wypadł. Pewnie wielu by mnie tu zaraz zjadło za herezje, ale wolę digipacki. A teraz chyba jeszcze bardziej się w tym przekonaniu utwierdziłem.

Ale nawet te uszkodzone pudełka można przeboleć, jeśli same płyty są nietknięte. Zżera mnie ciekawość co do ich zawartości, bo właściwie jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się postawić na półce takiej stricte death- lub blackmetalowej płyty. Chyba, że liczymy trzy wydawnictwa Behemotha (black/blackened death) i album "Aura Sense" grupy Enter Chaos (death), które to godnie reprezentują wspomniane gatunki, ale to i tak bardzo niewielki odsetek. Na dobrą sprawę nigdy mnie jakoś specjalnie mocno nie ciągnęło do takich brzmień. Nie dlatego, że mi się nie podobają, po prostu czułem większe chęci na zapoznanie się z innymi odmianami muzyki gitarowej. A teraz będzie idealna okazja, by posłuchać czegoś wyraźnie mocniejszego. 😁


A tak prezentuje się całość, gdyby ktoś chciał sobie zobaczyć płyty, zanim udostępnię zdjęcia każdej z osobna na moim głównym instagramowym koncie (https://instagram.com/lukas_kowalek?utm_source=ig_profile_share&igshid=hpkffk1710ow - gdyby akurat czytał to ktoś, kto tego konta jeszcze nie obserwuje 😉). Ich fotki wrzucę wtedy, kiedy na spokojnie zapoznam się z każdym albumem z osobna. A to mi trochę zajmie...

Tutaj jeszcze spis tytułów:

1. Mastema - "Golden World"
2. A.H.P. - "Against Human Plague"
3. Entity - "Phobia of the Formless"
4. Hexhorn - "Waking of Death"
5. Moloch - "The Other Side"
6. Ebola - "II"
7. Darkreverie - "Isis Lupus Brigit"
8. Drzorn - "Reborn"
9. Zørormr - "The Aftermath"
10. Anima - "Sound of Indifference"
11. Solacide - "The Finish Line"
12. Sauron - "Unholy Man" (x2)
13. Nova Cycle - "Nova Cycle"
14. Mourning Ashes - "Chapter III Oblivion"
15. Lectern - "Deheadment for Betrayal"
16. In The Name Of God - "We Are the War"
17. Martilo Austral - "Origin"
18. Incarnal - "Mortuary Cult"
19. Drakon - "Fire Walk With Me"
20. Ravenous - "Book of Covetous Souls"
21. A.V.D.L. - "Scourge"
22. Wolves Of Odin - "Laid to Waste"
23. Stellarvore - "L'Orgueil des drapeaux et des flammes"
24. Inglorious - "Eternal Chaos"
25. Hostia - "Hostia"
26. Optical Sun - "Optical Sun"

Zna ktoś coś? Jestem ciekaw. 😁

Może i z dzisiejszego wpisu wyszła nieco chaotyczna "recenzja" paczki, ale ostatecznie stwierdzam, że właściwie to tak miało być. Nawet z tym ewentualnym, drobnym chaosem. 😛 Miłego weekendu i do następnego!

sobota, 6 kwietnia 2019

Z życia (początkującego) kolekcjonera


W sumie to fajnie jest być kolekcjonerem płyt CD. Zwłaszcza, kiedy nie masz pomysłu, na co możesz wydawać wszystkie swoje oszczędności. Muzykę samą w sobie się tylko i aż słucha (oczywiście na ten temat też można zrobić wykład). A co oferuje nam fizyczny nośnik CD? Można ściągnąć album z półki. Otworzyć pudełko. Wyciągnąć książeczkę i ją przejrzeć. Poczytać teksty piosenek, notki albo po prostu nacieszyć oczy promocyjnymi zdjęciami zespołu, zawartymi w środku. A co najlepsze, można wyciągnąć płytę, włożyć ją do naszego odtwarzacza i wcisnąć przycisk "Play". No, taki support wykonawców to ja rozumiem. Kolekcjonowanie bardzo mi się spodobało, jednak wiąże się ono z pewnymi niedogodnościami. Jedne dotyczą tylko mnie, inne są pewnie znane również innym.

Największa z nich? Cóż, płyt zawsze jest za mało. 😂 Chcę słuchać, podziwiać i mieć coraz więcej i więcej. Poziom pożądania zazwyczaj jest odwrotnie proporcjonalny do ilości wolnego miejsca w pokoju, co automatycznie rodzi nam drugi problem. Idealnym rozwiązaniem byłby pokój tylko na kolekcję i sprzęt grający. Przynajmniej jak dla mnie. Może kiedyś się uda coś takiego urządzić...

Jest jeszcze taka sprawa. Jeśli Twój ukochany zespół wydaje niebawem nowy album, zamawiasz go w przedsprzedaży. W najlepszej dostępnej edycji, a najlepiej w limitowanym boxsecie, jeśli takowy wyszedł - zawsze przydadzą się jakieś dodatkowe gadżety. A, i jeśli jest taka możliwość, to oczywiście decydujesz się na wersję z podpisami. Im więcej i bardziej prestiżowo, tym lepiej. A Ty masz kolejny pretekst, by wprowadzić pewne zmiany w pokoju, bo Twój limitowany boxset z winylem, którego i tak nie masz gdzie słuchać, nijak nie chce się zmieścić na półeczce ze zwykłymi albumami.*

Właśnie, a co z kwestią wydań? Dawniej głupotą było dla mnie kupowanie wielu egzemplarzy danego albumu, tylko w różnych wydaniach. Obecnie postrzegam zbieranie różnych wydań w dwojaki sposób. Strona rozsądna podpowiada, że lepiej się wstrzymać i kupić coś, czego rzeczywiście jeszcze nie mam. Ewentualnie pozwoli na kupienie innego (lepszego) wydania, pod warunkiem, że dość mocno różni się od wydania przeze mnie posiadanego. Najczęściej podstawowego. Strona kolekcjonerska za to nie wybacza błędów - mam w swoich zbiorach kilka płyt w wersji "Zagraniczna płyta - polska cena" i niestety będę musiał ponieść karę w postaci kupna lepszych wydań. Dobrze chociaż, że jest również bardzo pomocna. Jakiś czas temu podpowiedziała mi, gdzie mogę dostać album "Dark Adrenaline" grupy Lacuna Coil w limitowanej edycji za przystępną cenę. Czym się wspomniana wersja różni od wersji podstawowej? Alternatywną oprawą graficzną. Tylko. Albo i aż. Nieważne, grunt, że był to dobry zakup.

Tak w ogóle to dostałem ostatnio cynk, że wydania japońskie charakteryzują się również lepszą jakością brzmienia. Pierwsza myśl: "Tak, zapłacę krocie i będę czekać wieczność na paczkę z niepewnego źródła". Ale potem zacząłem myśleć. Może znalazłbym coś, co jest po prostu drogie, a nie bardzo drogie? I z pewnego źródła? W końcu nie dowiem się, czy te pogłoski o lepszym brzmieniu są prawdą, dopóki nie sprawdzę na własnej skórze. Zapadła decyzja: kupię jakąś płytę w edycji japońskiej. Kiedyś.

Dlaczego kiedyś? Dlatego, że są rzeczy ważne i ważniejsze, ale też i rzeczy tańsze. I na tych tańszych rzeczach lepiej się skupić w pierwszej kolejności. Oczywiście, gdy wpierw ogarnie się jeszcze inne wydatki, niezwiązane z muzyką, a równie ważne dla normalnego funkcjonowania. Może to być szczególnie problematyczne, gdy za miesiąc zdajesz maturę i musisz wyjechać na studia. Tak więc na chwilę obecną jedyne, co mi pozostaje, to czekać na paczkę z boxsetem zawierającym okrągłe 25 płyt i cieszyć się tym, co mam.

Przyznaję, że żeby się tym cieszyć, wcale nie muszę tego codziennie słuchać. Chociaż może to po części dlatego, że zdarza mi się mieć tak duży problem z doborem playlisty, że w efekcie nie włączam nic. A może też dlatego, że tata nie przepada za metalem i już na starcie mam w pewnym stopniu ograniczony wybór. Tak czy inaczej, skoro nawet teraz mam problem z decyzją, to nie chcę wiedzieć, co to będzie za X lat, gdy moja kolekcja powiększy się o Y płyt. Ale czy mnie to powstrzymuje przed powiększaniem kolekcji? Odpowiedź pewnie znacie.

Nawet jeśli dzień pod względem słuchania przepada, to zawsze można sobie pooglądać! Mam swoich faworytów, jeśli chodzi o wydania, oprawy graficzne, mniejsze lub większe smaczki. Uwielbiam grafiki albumów Opeth i Riverside. Bardzo cenię sobie eleganckie digibooki, wyglądające jak mini-książki w twardej okładce, do których dołączyli płytę lub dwie. Nawet same krążki czymś się czasem wyróżnią. Te widoczne na zdjęciu to niby kompakty, a wyglądają zupełnie jak winyle...


Czasem nawet w podziękowaniach można znaleźć coś ciekawego. W jednej z książeczek znalazłem takie zdanie: "And to (your name here) — thank you, too." - niby nic takiego, ale aż się miło patrzy na takie rzeczy.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Ano wniosek prosty i oczywisty: płyty kupuje się nie tylko dla samej muzyki, a na niedogodności zwyczajnie się nie patrzy. A satysfakcja, gdy dajesz muzykowi do podpisu pokaźną kolekcję lub całą dyskografię (nawet, kiedy obejmuje ona tylko trzy płyty) jest wręcz niezrównana. No, to chyba tyle z mojej strony, choć pewnie mógłbym coś jeszcze dodać. W tym miejscu chciałbym serdecznie pozdrowić Czytelników, którzy posiadają kolekcję jeszcze większą niż moja!

*Z tym akapitem to trochę podkoloryzowałem, bo sam jeszcze nigdy tak nie robiłem. Owszem, preorder zdarzyło mi się zamówić, ale ani nie była to najlepsza możliwa wersja, ani wersja z autografami. Zawsze może się to zmienić, zobaczymy, co będzie, gdy nowy album wyda moja muzyczna miłość, czyli Lacuna Coil...

sobota, 30 marca 2019

Cellar Darling - "The Spell". Mój odbiór


No i wróciłem... Po dłuuugiej przerwie, za którą przepraszam. A konkretniej, to wróciłem z kolejną pseudorecenzją. A przynajmniej ja to tak nazywam. To, jak Wy to odbieracie, to już Wasza indywidualna sprawa. Od razu pragnę podkreślić, że na tym blogu będą się pojawiać tylko wpisy dotyczące albumów w moim odczuciu zdecydowanie wartych polecenia; może nawet uczynię z tego osobny cykl, albo coś w tym stylu. Pomyślimy, zobaczymy. Nie zamierzam się bawić w "pełnoprawnego recenzenta" i zajmować się też w moim odczuciu słabymi albumami.

Tym razem postanowiłem napisać o najnowszym, drugim albumie szwajcarskiego folkrockowego trio o nazwie Cellar Darling. W żadnym wypadku nie są to nowicjusze - cała trójka założyła tę grupę po odejściu z pagan-folkmetalowego Eluveitie. Bardzo mnie cieszy, że w taki sposób kontynuują swą działalność, bo w dalszym ciągu mogą nam zaoferować całkiem sporą ilość cudownej muzyki. Przyznaję bez bicia: "The Spell" podoba mi się zdecydowanie najbardziej spośród wszystkich przesłuchanych dotychczas przeze mnie tegorocznych albumów.

Na najnowsze dzieło grupy składa się w sumie trzynaście folkrockowych kompozycji z progresywną nutką. Uspokajam tych, którym pojęcie "muzyka progresywna" kojarzy się z półgodzinnymi kolosami, których konstrukcje są w stanie zrozumieć tylko najwybitniejsze umysły, potrafiące wniknąć w głąb każdej sekundy trwania utworu - w tym przypadku dostajemy po prostu rozwinięcie tego, co zespół przedstawił na swoim debiutanckim albumie zatytułowanym "This Is the Sound" (również polecam, jeśli ktoś nie zna). Od razu słychać, z jakim zespołem mamy do czynienia - ich charakterystyczny styl nie zmienił się prawie w ogóle. Muzycy w dalszym ciągu przedstawiają nam kompozycje dojrzałe, angażujące, rozbudowane, jednak nie są one przesadnie długie. Całość trwa niewiele ponad godzinę, co w moim odczuciu jest długością idealną. Nie odczuwam niedosytu po zakończeniu odtwarzania (choć zdarzało mi się wracać do poszczególnych fragmentów). Ponadto w dalszym ciągu często możemy usłyszeć lirę korbową, na której gra wokalistka, Anna Murphy. Zresztą, bez liry korbowej ten zespół nie miałby racji bytu. Albo przynajmniej byłby zupełnie inną formacją.

Wspomniałem o wokalistce. Głos Anny jest po prostu cudowny. Niesamowicie przyjemnie się go słucha. Wokale to również bardzo istotna część albumu. I bardzo pozytywnie wpływa ona na odbiór całości: wystarczy posłuchać refrenu "Love", wysokich zaśpiewów z utworu tytułowego czy też partii zawartych w piosence "Freeze" (która może się również spodobać wielbicielom M&M'sów - zobaczymy, czy ktoś zrozumie, co mam na myśli 😛). Zresztą, można włączyć cokolwiek z "The Spell". Wokalnie i tak będzie zdecydowanie na plus.

Które numery spośród całości szczególnie zwróciły moją uwagę? Na pewno wcześniej już wspomniane "Love" oraz "Freeze" - tak, wokale podobają mi się w nich najbardziej. Świetny jest również nieco mroczny, owiany aurą tajemniczości "Sleep", w znacznej części oparty na śpiewie i klawiszach. Jeszcze nie testowałem, ale dobrze musi się tego słuchać w nocy. W tym miejscu muszę wspomnieć o piątym z kolei numerze, czyli utworze "Burn". Na pewno nieraz słyszałem kompozycje z lepszymi partiami gitarowymi. I na pewno było ich całe mnóstwo. Ale nie pamiętam, kiedy ostatnio jakieś dźwięki aż tak utkwiły mi w głowie. A w połączeniu z tymi nałożonymi na siebie głosami i "szeptanym growlem" (wybaczcie mi to komicznie nieprofesjonalne określenie, ale naprawdę nie mam pomysłu, jak to inaczej nazwać 😂) to już w ogóle jest mistrzostwo. Nie potrafię się od tego uwolnić. Chociaż w sumie to mi to nie przeszkadza. Po zakończeniu odtwarzania albumu z największą przyjemnością wracałem właśnie do "Burn". Czasem nawet kilka razy. Dziwne? Może trochę. Ale co z tego?

Nowe (arcy)dzieło Cellar Darling to wydawnictwo, w przypadku którego mogę określić, co podobało mi się najbardziej, ale nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, co mi w nim nie odpowiada. Jak dla mnie nie ma jakichś zauważalnych, istotnych minusów. Debiut grupy uważam po prostu za dobry album na wysokim poziomie, na tyle dobry, że warto go kupić. Ale jego następca przewyższa go zdecydowanie. Tylko czekać, aż dołączy do swojego poprzednika na mojej półce.

P.S. Może kiedyś uda mi się napisać o albumie już przeze mnie posiadanym? Przynajmniej zostałby rozwiązany problem biedy graficznej. 😂
P.S.2 Nie, zespół nie zapłacił mi za napisanie tego tekstu.

piątek, 8 marca 2019

O kobietach na Dzień Kobiet


Dziś obchodzone jest święto, które jednocześnie zasugerowało mi temat na nowy wpis, mianowicie Międzynarodowy Dzień Kobiet. Kultura przede wszystkim, więc chciałbym z tej okazji życzyć radości, zdrowia, szczęścia i jak najmniej stresu oraz rozczarowań wszystkim Paniom, które przeczytają ten wpis. 😊

I z tej też okazji chciałbym dzisiejszego posta całkowicie poświęcić kobietom w świecie rocka i metalu. Przyznam szczerze: nie wyobrażam sobie tego, że mógłbym nie znać żadnych zespołów, w których wokalnie udziela się kobieta. Dla mnie to po prostu piękne urozmaicenie, jakaś alternatywa dla tego, to wszczyscy znamy aż za dobrze, i przy okazji też świetny dowód na to, że w zespole metalowym za mikrofonem wcale nie musi stać facet. Panie też potrafią nieźle zdzierać gardło. 😉

W pierwszym poście na moim blogu (https://barlineckimeloman.blogspot.com/2019/01/oto-jest.html?m=1) wspominałem, że dawniej nie wyobrażałem sobie kobiet w świecie rockowo-metalowym. Właściwie to bardziej w metalowym. Nie myślałem, że kobieta może growlować. Uważałem to za coś zwyczajnie dziwnego, niespotykanego, nigdy wcześniej nie słyszałem. To dopiero ograniczenie, prawda? A jeśli chodzi o muzykę ogółem gitarową, to nie trzeba długo szukać... ba, WCALE nie trzeba szukać, by znaleźć jakiś dobry, warty uwagi zespół mający w składzie frontmankę. I bardzo dobrze, bo... co mogę powiedzieć? Mam słabość do takich składów. Lubię sprawdzać takie zespoły, lubię być przez nie pozytywnie zaskakiwanym. Po prostu uważam, że takie połączenie to dobre połączenie.

A co podoba mi się najbardziej? A to, że rozpiętość gatunkowa jest dokładnie taka sama, jak w przypadku wokalistów. Wszyscy znamy stronę gotycką, symfoniczną. Jeśli nie, to rzucę paroma przykładami: Within Temptation, Nightwish, Sirenia, Epica... A jeśli ktoś ma ochotę na, dajmy na to, djent? Żaden problem, w końcu mamy Jinjer. Black metal? Czemu nie, jest np. wczesne Astarte, albo Nachtlieder, które swoją drogą polecam cieplutko. Nawet taka ekstrema jak grindcore i wszelkie jego pochodne ma swoje przedstawicielki. To jednak nie moja para kaloszy, przychodzi mi do głowy tylko grupa Agoraphobic Nosebleed. Co dalej...? Hardcore, alternatywa, nu-metal, thrash, death, industrial, grunge... do wyboru, do koloru. Nie ma ograniczeń.

Tak jak pisałem w moim "debiutanckim" poście, pierwszym takim zespołem (właściwie w 100% żeńskim) było L7. Ta grupa jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyła, była po prostu czymś innym, nowym, co zresztą mi się spodobało. Co było następne? Niektórzy pewnie to przewidzieli - Lacuna Coil. Kapela, którą otoczyłem szczerą, prawie bezgraniczną miłością, skład, na który ciężko mi patrzeć krytycznie. I to nie tylko ze względu na samą muzykę, piękną i angażującą. Owszem, jego znak rozpoznawczy to rewelacyjny damsko-męski duet wokalny, ale chyba wszyscy, którzy Lacunę znają, zgodzą się, że to jednak Cristina Scabbia jest jego ikoną. To chyba wraz z ich odkryciem zachciało mi się szukania innych zespołów, w których za partie wokalne odpowiada (również) przedstawicielka płci pięknej.

Poznanie Lacuny na dobrą sprawę również, wbrew pozorom, nie było dla mnie "kamieniem milowym", przynajmniej w kwestii przesuwania granic. Dziś z jednej strony wydaje się to być wręcz śmieszne, ale szokiem było dla mnie odkrycie Arch Enemy. Arch Enemy to nie ekstrema, jednak zawiera w sobie pewien element ekstremy w postaci wokali. Jak ich znalazłem? YouTube zasugerował mi teledysk do utworu "You Will Know My Name". Patrzę na miniaturkę i myślę sobie: "Hmm, wygląda nieźle. Ciekawe, jaki głos ma ta niebieskowłosa piękność?". Powiem tylko tyle, że nie tak go sobie wyobrażałem... To dopiero była nowość. Nowość, która odkryła przede mną cały świat, długi i szeroki, wokalistek, które do samego melodyjnego śpiewania się nie ograniczają.

No i stało się, wciągnąłem się na dobre. Poznawałem kolejnych świetnych wykonawców, nowe standardy, nowe granice. Dla mnie wniosek jest prosty: kobiety zwyczajnie urozmaicają świat muzyki gitarowej, czynią go jeszcze bardziej atrakcyjnym (dosłownie i w przenośni). Dodają piękna, które szczególnie interesująco wypada w połączeniu z np. death metalem, gdzie panują gniew i agresja, i wcale nie mam tutaj na myśli tylko czystych wokali, które do death metalu jeśli już, to trzeba dodawać umiejętnie. I tak wszystko sprowadza się do tego, że piękno może wpłynąć pozytywnie w zasadzie na wszytko.

Na koniec chciałbym się odnieść do zarzutów kierowanych w stronę grup dowodzonych przez panie. Dotyczą one przesadnej melodyjności, łagodności i tego, że zwykle "to już nie metal". Cóż, w niektórych przypadkach to prawda. Ale czy to rzeczywiście chodzi o brutalność i procentową zawartość metalu w metalu? Nie sądzę. Jeśli melodie są dobre, nie widzę problemu. Jeśli materiał jest lekki, to w założeniu pewnie taki miał być. Jeśli słuchasz zespołu po raz pierwszy i stwierdzasz, że Ci się nie podoba, nie masz na co narzekać. Oni tak grają, więc to nie Twój gust. Szukaj czegoś innego.

A, i jakby ktoś na to zwrócił uwagę: nie tylko o wokalistki tu chodzi. Spójrzcie np. na taką Nitę Strauss, a najlepiej to posłuchajcie jej gry na gitarze. Coś niesamowitego. Można się jeszcze rozpisać na ten temat, ale to by już było za długie. 😂 To tyle, pozdrawiam i miłego weekendu życzę!